1.
Link 01.01.2012 :: 16:08
Co powiesz? (2)Plany powzięte. Jak to mówi Julia, trzeba spiąć dupeczkę i osiągnie się cel.
Faszeruję się thinspiracjami. Kto się chce przyłączyć to zapraszam na:
thinspiration.
W nowy rok z uniesioną głową :)
2.
Link 02.01.2012 :: 22:50
Co powiesz? (0)nie ogarniam.
styczeń mnie przeraża, koła, diagnoza -wywiad, inne bzdety, sesja.
nie wiem czy dam radę.
postaram się. muszę.
pffff.
Link 03.01.2012 :: 09:19
Co powiesz? (0)powrót do wrocka, nie taki piękny jak się wydawało.
nie mogłam zasnąć, zaczęłam ryczeć, że tęsknię za D.
w czwartek powrót do domu. przejdzie mi.
ogólnie szukam sobie innych zajęć, zamiast się uczyć.
nie mam pojęcia jak to wszystko pozaliczam.
dziś idę odrabiać wf... siłownia.
po świętach:
67,2
cel I - dojść do 65kg
...
Link 04.01.2012 :: 20:58
Co powiesz? (1)egzamin z psychologii zdrowia - istny pogrom.
40 min rowerek i ciągła nadzieja, że jednak zaliczę...
wygrana walka z sobą, tak mnie korciło, żeby wpaść do jakiegoś sklepu i kupić coś słodkiego lub słonego. masakra.
ale dzięki temu, że raz się przemogłam i przeanalizowałam to racjonalnie, a drugi raz, że jestem leniwa i jak mnie znowu napadło, to już mi się z mieszkania nie chciało wychodzić do sklepu ;]
analiza wyglądała mniej więcej tak:
kurde! chcę coś przegryźć.
nie...
no bo będę żałować i znów nie uda mi się osiągnąć celu,
fakt, że teraz i tak jakoś specjalnie ku temu nie pędzę, ale zmiana zachowania nawet w tak mały stopniu to już coś.
po drugie, zaoszczędzę kasę, zamiast wydawać na jakieś świństwa pełne tłuszczu,
a jak zaoszczędzę kasę, to będę miała na fajne ciuszki,
a jak nie kupię przekąski, to za tą zaoszczędzoną kasę będę jeszcze w tych ciuszkach potem fajnie wyglądać.
no, a poza tym, nie chce mi się dupy do sklepu ruszyć ;]
i tak też zakończyła się walka.
1 kg = 9000 kcal!
i poszukuję dobrego sposobu na ruszenie przemiany materii.
today. tomorrow. always?
Link 06.01.2012 :: 01:32
Co powiesz? (4)dziś nie najlepiej.
wróciłam do domu.
najpierw mama D. zmusiła mnie do zjedzenia frytek,
potem w domu ciasto,
a potem piwo z D.
muszę być bardziej asertywna...
jeszcze nie chce mi się spać, więc hula hula - hula hopem :D
wymiękam.
Link 08.01.2012 :: 21:53
Co powiesz? (1)liczę jutro na cud...
chyba dziś szybko się nie położę, choć tak bardzo bym chciała.
zakuwanie rachunkowości finansowej. próbować opanować pół roku nauki w jeden wieczór- pestka!(?)
w chwili przerwy.
jestem wykończona.
zezłoszczona.
zdenerwowana.
rozedrgana.
zdesperowana.
w depresji.
płaczliwa.
Ja chcę do D.!
nie wiem czy to przez święta czy z jakich powodów, po prostu nie mogę tu wytrzymać sama. nie mogę wytrzymać bez niego. na myśl o nim, chce mi się płakać - płaczę.
może to przez sesję i inne zadania.
może to przez to, że czuję się taka słaba, że czuję, że nie dam sobie rady.
dziś popłakałam się przy nim, właśnie z powodu niewiary w to, że to wszystko ogarnę.
że to wszystko w ogóle jest możliwe do ogarnięcia.
czemu się popłakałam? nie miałam zamiaru. ale przytulił, powiedział, że dam radę, że we mnie wierzy i nie wytrzymałam.
ale ogólnie w tym poście zmierzałam do czegoś innego.
miałam pisać o wczorajszej historii.
wczoraj tak dziwnie mnie do siebie przyciągnął, a że siedział tak dziwnie, to od razu zaprotestowałam i wyraziłam obawę, że coś mu zrobię swoim ciężarem, jak tak będzie robił. w ogóle nie cierpię jak mnie np. podnosi na rękach i zawsze wtedy protestuję.
wczoraj on na to: "ciężka czy tam gruba to byś była, gdybyś ważyła ponad 60 kg". i parsknęłam. akurat wpisuję się w tą definicję. zreflektował się i zapytał ile ważę, no ba, odpowiedzi nie dostał. za to ja miałam sporo do myślenia.
może się dobrze kamufluję, co raczej wątpliwe, ale prawdopodobnie to on nie umie ocenić ile waży kobieta, na którą patrzy :D
hm... albo blefował ;/
1:1
Link 11.01.2012 :: 18:49 Co powiesz? (2)
sesja mnie przytłacza, a nawet jeszcze nie nadeszła.
w związku z tym rezygnuję na razie z ćwiczeń, zaczynam po sesji.
na razie spróbuję nie obżerać się, a przede wszystkim nie obżerać się słodyczami.
zawsze tak przed sesją mam, że zajadam stres.
mam tyły okropne, ale mogę winić wyłącznie siebie.
rachunkowość nie zaliczona, zaraz pewnie dojdzie statystyka. trudno. nadrobię.
chociaż w tym momencie nie mam na to zupełnie ochoty i z osobistego przymusu wewnętrznego zamierzam zmarnotrawić trochę czasu. a potem jeszcze się wyspać. i kopnąć w dupę, wziąć za siebie i pozaliczać wszystko. eh. głowa do góry.
katar.
Link 25.01.2012 :: 00:08 Co powiesz? (0)
jestem głodna.
na razie postępów brak. z racji tego, że musiałam wyrabiać jakoś ze szkołą czasu na ćwiczenia nie było...
było nie było, w każdym razie nic ze sobą nie robiłam.
wczoraj rowerek przy serialu - 40 min i na tyle, bo dopadł mnie katar przeraźliwy i próbuję szybko z tego wyjść.
motywację mam ogromną, no może nie aż tak, bo wtedy ćwiczyłabym i z tym katarem...
byłam na zakupach ciuchowych i sprawiłam sobie kilka ładnych drobiazgów,
niestety, wszystko prezentowało by się lepiej, gdybym i ja lepiej się reprezentowała,
teraz sesja, na razie większość do przodu. uwaliłam tylko statystykę - ćwiczenia. rachunkowość zaliczyli wszyscy, bo facet stwierdził, że na egzaminie wyjdzie, kto się nauczył a kto nie. tak więc 2 zamieniło się na 3 bez większych starań.
muszę jeszcze tylko przetrwać sesję, a potem zacząć regularnie biegać.
do wakacji chcę widzieć 5 z przodu, kiedy stanę na wagę. czuję, że mi się uda.
to będzie wielka przemiana. o ile w końcu wypali to morze, to będę mogła założyć strój i się elegancko opalić bez kompleksów. no i sprawy łóżkowe z pewnością ulegną poprawie. bo to bez sensu mieć seksowne haleczki od chłopaka a spać w wyciągniętej bluzie...
nie!
Link 29.01.2012 :: 22:58 Co powiesz? (2)
dziś mam poczucie, że jednak nic w tym roku nie osiągnę.
nie potrafię się oprzeć głupiej czekoladzie.
powiedzieć nie i koniec.
a od D. wymagam, żeby rzucił palenie.
hipokrytka.
może to przez zbliżający się okres.
może to przez mróz...
nic mi się nie chce.
Link 08.02.2012 :: 23:01 Co powiesz? (0)
nie wiem co z tym zrobić, ale czar prysł.
zero motywacji do ruchu.
za to żrę.
jedyny sport jaki teraz uprawiam do doczłapywanie jakoś na uczelnię i z powrotem...
miałam jeździć na rowerku w czasie oglądania seriali, ale jakoś nie mogę się zmusić.
zamiast tego siadam tylko w fotelu i wpierdalam.
jutro egzamin ze staty, za tydzień poprawka z rachunkowości i trzeba brać się za siebie.
sporządzić jakiś plan i się go trzymać.
ile ja czasu marnuję! czas coś z tym zrobić.
odkąd przestałam się ruszać, stałam się taka obojętna, wszystko jest mi obojętne, mało mnie cieszy.
zumba jednak dodaje radości.
snuję się tak bez sensu i nic nie umiem na jutro... eh.
byłam w kinie na "w ciemności", polecam, chociaż osobiście mi czegoś tam zabrakło. ale tak to już jest jak człowiek lubi filmy o tej tematyce, naogląda się ich, a posunięcia i motywy bohaterów nowego filmu przestają być zaskakujące. człowiek obojętnieje.
ale film dobry. jak się komuś spodobał to polecam także film pt. "chłopiec w pasiastej piżamie" - też wyciskacz łez, może nawet lepszy...
aha i jeszcze pytanie do i-lose-weight-for-the-summer: jaki jest pełny adres Twojego bloga? bo jakoś nie mogę trafić.
69.
Link 09.02.2012 :: 23:21 Co powiesz? (0)
poddałam się dziś pokusie i pożarłam chipsy.
a potem, gdy poszłam na zakupy i kupiłam pare ciuszków, znów wróciła ochota na wzięcie się za siebie.
dziś waga pokazała coś czego nigdy wcześniej nie widziałam
BRAVO!
przekroczyłam 69 kg.
zajebiście...
powrót do gry.
Link 12.02.2012 :: 23:10 Co powiesz? (0)
walentynki wypadają, niestety, w tygodniu, jeśli chodzi o ten rok, także, z D. świętowaliśmy je wcześniej.
zmierzam do tego, że dostałam po raz kolejny seksowny ciuszek, tym razem sukienkę do wyjścia na zewnątrz. zwykle dostawałam jakieś sypialniane fatałaszki.
no i właśnie. 10 kg, co najmniej w dół jest kategorycznie, niezaprzeczalnie wymagane!
także, mimo, że opychałam się na weekend czekoladą itp.
to, wróciłam do zumby, spacerków i rowerka.
plan jest taki (na razie opcja dotycząca wro):
-rowerek, każdego dnia minimum 30 min,
- jak nie będzie Marty, pół godziny zumby, trzeba obczaić kiedy ma praktyki, albo cosik,
- raz w tygodniu siłownia, którą mam na zaliczenie na uczleni,
- jak się zrobi ciepło to bieganie,
- dużo wody,
-warzywa i owoce zamiast chipsów, ciasteczek i krakersów,
no to by było tak na razie i zobaczymy, kiedy najwcześniej będzie można się gdzieś w tej kiecce pokazać :D
uwagi.
Link 14.02.2012 :: 22:43 Co powiesz? (3)
dziś: 30 min zumby, i nie jeździłam na rowerku, jakoś ten czas mi uciekł, a mogłam
trochę złapał mnie głód i zapychałam się warzywami (niestety, z patelni)
kolejny plan do wdrożenia to przywieźć sobie z domu blaszkę lub naczynie żaroodporne i wszelkiego rodzaju paluszki rybne czy krokiety, którymi się opycham, bo są gotowe i nie muszę nic robić poza podgrzaniem, będę je wsadzać do piekarnika zamiast na patelnię,
szkoda, że nie ma tu mikrofali, albo chociaż piecyka na prąd, ten tutaj jest na gaz, a ja masakrycznie takich rzeczy nie znoszę, zawsze się boję, że płomień zgaśnie i gaz będzie się ulatniał, a potem BUM! no, ale trzeba będzie się jakoś przekonać.
aha, druga rzecz - robić sobie kanapki na uczelnię, kiedy plan wskazuje na to, że będę tam siedzieć cały dzień. bez jedzenia się nie da, bo burczy w brzuchu na wykładach, co raczej nie jest komfortowe... dziś musiałam kupić batona, bo nic innego nie było w pobliżu, wczoraj seven days, bez sensu...
nie tylko ze względu na wagę muszę ograniczyć cukry, ale też ze względu na wzrok. mam wrażenie, że mi się pogorszył, tak więc trzeba zrezygnować z batoników etc. i naładować organizm witaminami pochodzenia warzywno - owocowego.
do dzieła.
i tak myślę, że pół godziny ćwiczeń dziennie to trochę za mało.
annoying.
Link 21.02.2012 :: 20:47 Co powiesz? (1)
chciałam napisać mądry post, taki płynący prosto z serca, o moich uczuciach,
ale się kurwa, wkurwiłam,
bo kurwa, bla bla bla i hahahaha
no, nie idzie wytrzymać z tą dziewczyną i jej skypem!!!
do czerwca, potem już nigdy więcej współdzielenia pokoju! nigdy!
.
Link 07.03.2012 :: 21:29 Co powiesz? (1)
smutno mi.
jeszcze jeden i jeszcze raz!
Link 26.03.2012 :: 00:20 Co powiesz? (4)
było źle, znów.
były chipsy, batony, czekolady i inne używki ;]
a ponadto niemieszczenie się w spodniach, spodnie podarte w kroku i wściekłość na widok odbicia w lustrze,
był lekki dół, poczucie beznadziejności i niemożliwości wizji lepszego jutra.
a potem opanowanie, trzeźwe spojrzenie na sprawę: to do niczego nie prowadzi, do niczego.
wniosek: powrót do gry.
na jak długo: nie wiadomo. ważne, że znów z podniesioną głową.
bilans: 40 min rowerek
.
Link 17.04.2012 :: 20:04 Co powiesz? (1)
Prawda jest taka, że znów spierdoliłam.
Chce mi się rzygać sobą.
Ciągłe obietnice, wizje przyszłości, a tymczasem rozrastam się wszerz.
Zawalam studia.
I dopierdalam sobie z własnej woli.
Dlaczego nie potrafię trzymać się ustalonych zasad, dlaczego zawsze muszę sobie utrudniać, robić z siebie kogoś bardziej beznadziejnego niż jestem i udowadniać sobie jak beznadziejna byłam i będę. Nie potrafię nic zmienić. Oszukuję się. Nigdy niczego nie osiągnę, bo nawet schudnąć nie potrafię. Dół i załamanie. I wpierdalanie. Mam dość.